Dofinansowania i dotacje

Czy transformacja energetyczna musi być droga? (18009)

2015-01-05

Drukuj
galeria

Z roku na rok coraz bardziej opłaca się inwestować w OZE, a coraz mniej w węgiel, fot. Seppo Leinonen, (CC BY-NC-ND 2.0)

Pokutuje przekonanie, że prąd z węgla jest najtańszy, a inwestycje w alternatywne źródła energii (czy to atom, czy źródła odnawialne) podniosą ceny prądu. To uproszczone rozumowanie ma jednak sporo luk.

Dlaczego prąd z węgla jest tani?

Funkcjonujące dziś elektrownie już dawno się zamortyzowały. Mogą więc dostarczać prąd po cenach pokrywających jedynie koszty paliwa i bieżącej obsługi. Tymczasem nowo budowane elektrownie (niezależnie od tego, jakiego typu) będą musiały wliczać w ceny prądu koszty inwestycyjne, w tym ceny oprocentowanego kredytu na budowę linii energetycznych.

Dlaczego mielibyśmy budować nowe elektrownie? Ponieważ większość starych, wraz z resztą infrastruktury energetycznej, była budowana w czasach Gierka i Gomułki, i dziś dochodzi do naturalnego kresu swego życia. Do 2030 roku będziemy musieli zamknąć 70% obecnych mocy elektrowni i przeprowadzić głęboką modernizację sieci energetycznych, co samo w sobie podniesie ceny prądu. Obecne hurtowe ceny prądu na poziomie 16-20 gr/kWh staną się przeszłością – budowa nowych elektrowni węglowych wymagałaby cen na poziomie 25-30 gr/kWh.

Czy warto jednak inwestować w węgiel? Zamortyzowana elektrownia jądrowa dostarczałaby prąd jeszcze taniej niż węglowa (dzięki tańszemu paliwu). Najtańszy byłby prąd z zamortyzowanej elektrowni wodnej czy wiatrowej.

Za co właściwie płacimy?

Koszt produkcji prądu w nowej elektrowni atomowej bądź biogazowni wynosi około 50 gr/kWh – czyli dwukrotnie więcej niż prądu z węgla. Jednak odbiorcy detaliczni nie kupują prądu od elektrowni w cenie „po kosztach” (obecnie około 20 groszy). Płacimy około 60 groszy za kWh (średnia cena energii elektrycznej brutto dla gospodarstw domowych w 2013 roku wyniosła 62 gr/kWh, a w niektórych rejonach wiejskich sięgała nawet 80 gr/kWh), ponieważ do kosztów produkcji prądu dochodzą: marże, akcyza, opłaty stałe, a przede wszystkim koszty przesyłu i dystrybucji.

Przyjmijmy, że będziemy produkować prąd nie po 25, lecz po 50 gr/kWh. Cena końcowa dla gospodarstw domowych (przyjmując niezmienione koszty przesyłu, dystrybucji i inne) wzrośnie więc z 25+40 gr/kWh do 50+40 gr/kWh, a więc o 38%. Jeśli jednocześnie zmniejszymy energochłonność o 28% (co nie jest specjalnie trudne), opłaty za prąd w ogóle się nie zmienią. Nawet jeśli zużycie energii pozostanie bez zmian, gospodarka sobie poradzi, bo inwestycje w niskoemisyjne źródła energii ograniczą koszty importu nośników energetycznych. Przykład takich krajów jak Niemcy czy Dania pokazuje, że wysokie ceny energii wcale nie szkodzą gospodarce, o ile towarzyszy im wysoka wydajność i inne czynniki (m.in. dobre i stabilne prawo, wysokiej jakości przyjazna administracja, zaufanie społeczne, efektywny system edukacji). To na poprawie tych wskaźników powinniśmy się w Polsce skupić.

Zalety energetyki rozproszonej

Zauważyliśmy, że największy wpływ na cenę mają koszty przesyłu i dystrybucji. Czy można je ograniczyć? Owszem, rozwijając lokalne źródła energii, przesyłające prąd na niewielkie dystanse. Przykładowo, dostarczająca prąd na odległość kilku kilometrów, biogazownia może to robić kosztem kilku groszy za kWh; dorabia sobie też sprzedażą ciepła i nawozów. Finalnie, prąd z biogazowni jest dla odbiorców tańszy niż ze scentralizowanej sieci energetycznej. W czterech gminach pod Zamościem prowadzony jest projekt budowy węzłów gminnych biogazowni, z szacowaną ceną dostarczanego prądu niższą o 20% od ceny prądu z sieci.

ETS - miecz Demoklesa energetyki węglowej

Elektrownie w Europie objęte są systemem handlu uprawnieniami do emisji gazów cieplarnianych (ETS). Prognozuje się, że cena uprawnień do emisji w latach 30. XXI wieku wzrośnie do ponad 50 euro za tonę CO2, a w latach 40. – do 100 euro za tonę. Przełoży się to na cenę prądu z nowych elektrowni węglowych w wysokości odpowiednio 50 gr/kWh w latach 30. XXI wieku i 70 gr/kWh dekadę później. Oznacza to, że wytwarzanie prądu w elektrowniach węglowych tak czy inaczej już wkrótce nie będzie mieć sensu ekonomicznego, przegrywając zarówno z atomem, jak i z OZE. Utrzymując energetykę opartą na węglu, nasz kraj skazuje się na konieczność zakupu uprawnień do emisji za setki milionów euro rocznie już w trzeciej dekadzie obecnego wieku. Koszty będą tylko rosły – wraz z kurczeniem się puli uprawnień do emisji i coraz wyższą ich ceną.

Jeśli zamiast tego zmniejszymy emisyjność gospodarki, nie będziemy musieli kupować uprawnień do emisji. Może wręcz uda się je sprzedać innym krajom, bardziej ociągającym się z transformacją energetyczną.

Opr. Marta Śmigrowska, na podstawie artykułu Marcina Popkiewicza (Ziemia na Rozdrożu).


Udostępnij wpis swoim znajomym!




Podziel się swoją opinią




Portal dofinansowany ze środków Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Za jego treść odpowiada Fundacja – Instytut na Rzecz Ekorozwoju, poglądy w nim wyrażone nie odzwierciedlają oficjalnego stanowiska Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej