Dofinansowania i dotacje

Szef imperium spożywczego: Kryzys żywnościowy jest nieunikniony (18234)

2015-02-20

Drukuj
galeria

Wyschnięta rzeka w hrabstwie Williamson w Teksasie, 2009 rok. Fot. Jason St Peter, flickr, (CC BY-NC-ND 2.0)

Zatrucie wody i gleb, choroby i susze doprowadzą do permanentnej klęski głodu – to nie słowa aktywisty ekologicznego, ale konserwatywnego prezesa największej amerykańskiej firmy produkującej żywność.

Greg Page, prezes imperium spożywczego Cargill, zapala czerwone lampki prawie w każdej kwestii wpływającej na produkcję żywności: od jakości wody, przez nawożenie, aż po ekstrema pogodowe. Jest gorzej, niż myślimy.

Rolnictwo przemysłowe nie wykarmi 10 miliardów ludzi (a tylu ma nas być w połowie wieku). Nie ma co liczyć na cudowne, nowe technologie. Czy możemy czekać aż do 2050 roku na kryzys żywnościowy? Nie. Zegar tyka, osiągamy szczyt produkcji żywności, po którym musi nastąpić spadek. Jesteśmy w punkcie krytycznym, a planeta właśnie zaczyna się przegrzewać.

Konserwatywny Greg Page ma w sobie ducha kapitalizmu. Osiągając wartość 43 mld dolarów, Cargill jest obecnie największą w Ameryce prywatną firmą. Firmą powstałą w czasie wojny domowej w magazynie zboża. Do tej pory niezrażony optymista, Greg Page wezwał właśnie do działania w artykule w New York Times pt. „Bilans zmiany klimatu”.

Rolnictwo na równi pochyłej

Greg Page jest realistą i doświadczonym przywódcą. Trudno mu przypiąć etykietę „lewicowego ekologa”. Działa, bo to jest jego biznes, praca i zyski, a faktem jest, że zmiana klimatu już dotyka różne sektory amerykańskiego przemysłu rolniczego. Długie okresy burz pyłowych w głębi kraju, w suchej jak pieprz Dolinie Centralnej w Kalifornii, po prostu wszędzie... Już teraz w Georgii, Karolinie Północnej i Teksasie zagrożone są same ekonomiczne podstawy gospodarstw. Tymczasem politycy lenią się i zwlekają, rozgrywając drobne gierki ideologiczne.

Dla szefa Cargill to naprawdę kluczowa sprawa, ponieważ w dłuższej perspektywie rozchwianie klimatu może po prostu zniszczyć nie tylko jego firmę, lecz wręcz cały sektor rolniczy w USA.

Stawką dla koncernu Page’a są miliardy dolarów. Page prognozuje: – Jeśli nie podejmiemy środków zaradczych, w ciągu najbliższych 50 lat plony w wielu stanach zdecydowanie spadną. Wzrosną koszty chłodzenia na kurzych fermach. Powodzie będą częściej podmywać trasy kolejowe, którymi transportowana jest żywność w USA.

Page chce, by amerykański agrobiznes był na to przygotowany. Jest przekonany, że „adaptacja skupiać się powinna bardziej na działaniach operacyjnych rolnictwa i przemysłu spożywczego, niż na dalszych badaniach i rozwoju”.

Skąd wziąć 10 mld bochenków chleba?

Już dzisiaj trudno jest wyżywić 7,3 mld ludzi. Nakarmienie kolejnych 3 mld w 2050 roku będzie praktycznie niemożliwe – ostrzega Jeremy Grantham, szef firmy zarządzającej inwestycjami w wysokości 120 miliardów dolarów i sponsor Centrum Badań Granthama w London School of Economics.

Jeffrey Sachs z Columbia University, szef Instytutu Ziemi i jeden z kluczowych doradców sekretarza generalnego ONZ, twierdzi, że nasza planeta może utrzymać w sposób zrównoważony maksymalnie pięć miliardów ludzi.

Pentagon już w czasie kadencji Busha ostrzegał, że do 2020 roku możliwości planety będą tak drastycznie nadwerężone, że amerykańska machina wojenna powinna przygotować się do nadchodzących wojen o żywność, wodę i dostawy energii.

Grantham nie jest tak optymistyczny, jak Greg Page. Wręcz przeciwnie, potwierdza on najgorsze obawy Pentagonu, ostrzegając przed „nieuchronnym niedoborem zasobów w świetle wykładniczego wzrostu populacji” i przed związaną z tym przed eskalacją cen surowców. Czynniki te stanowią główne „zagrożenie dla długoterminowego przeżycia naszego gatunku po tym, gdy jego liczebność osiągnie poziom 10 mld osobników”.

Mamy zatem złą wiadomość: wydajność planety nie wystarczy, by wykarmić 10 miliardów ludzi. A optymizm i wiara w nowe technologie nie są w stanie tych obaw zmniejszyć, co zmusza Granthama do wniosku: „jeśli populacja wciąż będzie rosnąć, będziemy pod presją nawracających niedoborów węglowodorów, metali, wody i nawozów. Rolnictwo ewidentnie będzie poddane najcięższym stresom”.

Czy zatem naprawdę rozumiemy powagę sytuacji? Agrobiznes jest odpowiedzialny za wykarmienie dodatkowych dwóch do trzech miliardów ludzi, co stanowi wzrost o 30% do 40% w ciągu zaledwie 40 lat. Dostępność najwyższej jakości ziemi prawie na pewno będzie się dalej zmniejszać, a jakość gleb uprawnych będzie nadal stopniowo obniżać się na całym świecie ze względu na erozję. Problem jest de facto nierozwiązywalny.

Zagrożenie numer jeden

Grantham wierzy, że ludzie mają środki do osiągnięcia prawdziwej stabilności planety. Problem jest w naszej psychologii – skupiamy się bowiem uporczywie na krótkoterminowym wzroście. Ludzka pomysłowość może rozwiązać problem niedoborów energii, a nawet metali i świeżej wody. Potrafimy stworzyć świat bez głodu, chorób i wojen.

Jednak rolnictwo stoi w obliczu ogromnych strat nieodnawialnych zasobów, którym technologie nie są w stanie zapobiec. Oto dlaczego rolnictwo jest bombą zegarową o największej sile rażenia. I dlatego decydenci powinni podjąć działania, by pokonać nakreślone przez Granthama ograniczenia:

  • Wyczerpywanie się zasobów potasu i fosforu, które są niezbędne dla całego życia, a które nie mogą być one wytwarzane, ani zastąpione.
  • Erozja gleb, która globalnie przebiega kilkakrotnie szybciej, niż wynosi naturalne tempo odtwarzania tych gleb.
  • Biedne kraje w Afryce i Azji będą prawie na pewno cierpieć z powodu rosnącego niedożywienia i głodu. Możliwość pomocy zagranicznej w takiej skali wydaje się nieszczególnie realistyczna.
  • Wiele stresów w rolnictwie będzie wzmocnionych – przez wzrost temperatury, wzrost niestabilności pogody, w tym częste i poważne susze oraz powodzie.

Grantham nie wierzy, że rozwiązania oparte na typowym krótkoterminowym myśleniu będą działać także w przyszłości: – Kapitalizm, mimo wspaniałych cech sprawdzających się w krótkiej perspektywie czasowej, a przede wszystkim jego zdolności do dostosowania się do zmieniających się warunków, ma kilka słabych punktów. Nie może poradzić sobie z problemem „tragedii wspólnego pastwiska”, na przykład z przełowieniem łowisk, erozją gleby i zanieczyszczeniem powietrza. Wręcz przeciwnie, nieregulowany wolny rynek tylko pogarsza sytuację.

Niestety, w dzisiejszej kulturze skończoność zasobów naturalnych jest po prostu ignorowana, a wycena dóbr jest oparta w całości na podaży i popycie krótkoterminowym. Krótko mówiąc, kilka nadchodzących dekad będzie stanowić wyzwanie dla podstawowej zasady kapitalizmu, która mówi, że o dobro publiczne najlepiej dba „niewidzialna ręka rynku”, jako skutek konkurencji między jednostkami działającymi wyłącznie w imię swoich własnych odrębnych interesów. Czyli: brak współpracy, brak globalnych rozwiązania, każdy dla siebie, brak ograniczeń. Niestety to ślepa uliczka i nie pozwoli nam rozbroić tykającej bomby głodu.

Opracowanie, wytłuszczenia, wstęp i śródtytuły: Marta Śmigrowska, na postawie art. Krzysztofa Kujawy, Ziemia na Rozdrożu.


Udostępnij wpis swoim znajomym!




Podziel się swoją opinią



Za treść materiału odpowiada wyłącznie Fundacja – Instytut na Rzecz Ekorozwoju



Portal dofinansowany ze środków Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Za jego treść odpowiada Fundacja – Instytut na Rzecz Ekorozwoju, poglądy w nim wyrażone nie odzwierciedlają oficjalnego stanowiska Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej